Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

5.11.16

Wierni towarzysze Strzały 8




***

- Myślisz, że wszystko się ułoży? - zapytała Thea, gdy John przywiózł ją do klubu. 
Kiwnął lekko głową. 
- Mam taką nadzieję - odparł z ponurą miną. - Bądź pod telefonem, nie wiadomo co się wydarzy w nocy i czy twój brat to przetrzyma. 
- Zaraz naładuje telefon i będę mieć go cały czas przy sobie, tak na wszelki wypadek. - obiecała Thea. 
Laurel wodziła po ich twarzach, milczała, z resztą nie wiedziała jakie słowa mogłyby ukoić ich strach. 
Diggle przyuważył jej spojrzenie, dlatego powiedział cicho. - Człowiek pogrążony w bólu i rozpaczy staje się nieobliczalny. Sytuacja jest naprawdę poważna. Oliver zdaje sobie sprawę jak śmierć bliskiej osoby może człowieka zniszczyć, pozbawić chęci do życia. W takich sytuacjach jednak logika zawodzi, a ludzie pogrążeni w żałobie mają zmącony umysł i nie są w stanie trzeźwo myśleć. A nie potrzeba nam kolejnej tragedii. 
- Święte słowa. - przytaknęła panna Queen, po czym otarła łzy w rękaw bluzy. - Laurel wejdziesz czy pan Diggle ma cię odwieść do domu? - zapytała kobietę. - Dzisiaj i tak pewnie nie zmrużę oka. Jesteś pewny, że nie powinnam wrócić do szpitala? W końcu Oliver to mój brat, może mogłabym mu jakoś pomóc. 
- Nie zostawię go samego. - zapewnił czarnoskóry ochroniarz Queen'a. - Jak tylko czegoś się dowiem, natychmiast zadzwonię. Obiecuje. 
- No dobrze, niech ci będzie. - westchnęła uspokojona Thea, a potem uśmiechnęła się do Laurel, jakby oczekując jej odpowiedzi. 
- Pojadę do domu, nie powinnam wam przeszkadzać. Jak się tylko czegoś dowiecie dajcie mi znać. - odparła cicho panna Lance i uśmiechnęła się lekko do Thei. 
John Diggle zawiózł ją do miasta. Przez całą drogę oboje milczeli. Pani adwokat siedziała nieruchomo, ręce skrzyżowała ciasno na piersi. Wydawała się zakłopotana. 
- Jak na wyszczekanego adwokata, zachowujesz się dość niezwykle. - mruknął Digg, kiedy zaparkował przed jej domem. 
- Narobiłam wiele głupst. - odparła, mierząc go pojrzeniem. - Mam do siebie mnóstwo pretensji. - wzruszyła ramionami i dodała z ponurą determinacją: - Oliver po prostu sie załamał, a ja nie mogę mu pomóc, bo on nie chce mojej pomocy. Felicity okazała się bohaterką, obroniła Arrow'a choć wiedziała co jej grozi z rąk Heleny. Nie zawahała się ani przez moment, a teraz Oliver cierpi a ja jestem ostatnią osobą, która może mu pomóc. Na własne życienie Oliver nie chce mnie znać, nie chce mojej pomocy, straciłam go bezpowrotnie. On, on musi ją... bardzo kochać - wykrztusiła z trudem, bo głos jej się załamywał. Nie tak wyobrażała sobie powrót Olivera do Starling City. 
- Racja - przyznał niechętnie. 
- Muszę już iść. - powiedziała. - Mam nadzieje, że Felicity dojdzie do siebie, Oliver również. Dzięki za podwiezienie. - zdobyła się na uśmiech. - Zadzwonię o Thei. 
Bez słowa kiwnął głową. Zawrócił i pojechał do szpitala. 

***

Queen siedział w kaplicy. Był całkiem sam. Lekarze pozwolili mu na moment wejść do panny Smoak. Twarz miała bladą, wyglądała mizernie. On pewnie nie wyglądał lepiej. Gdyby po tych krótkich odwiedzinach poszedł do knajpy, pewnie upił by się do nieprzytomności lub przyodział swój strój i skatował jakiegos rzezimieszka, aby choć na moment zapomnieć o bólu jaki teraz czuł. Nigdy nie odczuwał takich emocji, nigdy na widok rannej osoby nie czuł takiego potwornego strachu ibezsilności. Felicity leżała nieruchomo, podłączona do aparatury monitorującej pracę organów wewnętrznych. Z kroplówki sączyły się jakieś substancje odżywcze i chyba środki przeciwbólowe. Drobną postać blondynki otaczały niezliczone rurki i przewody. Dotknął bezwładnej dłoni dziewczyny, wspominając własną głupotę. Gdyby tylko nie cackał się z Heleną i nie bawił sie z nią w kotka i myszkę, ta sytuacja po prostu by nie miała miejsca. Zacisnął powieki, uświadamiając sobie, że jeśli to koniec, w jej ostatnim wspomnieniu pozostanie kimś kto ją zawiódł. Miał chronić to miasto i ludzi w nim żyjących, miał chronić przyjaciół i rodzinę, a nie zostawić ich na pastwę losu. Po co w ogóle wracał do miasta, skoro nie potrafi chronić najbliższych mu osób, powinien zgnić na tej przeklętej wyspie a nie udawać bohatera. Nie był bohaterem, był mordercą... Tommy Merlyn miał rację... A teraz był tutaj i tęsknił za Felicity. Była mu potrzebna jak powietrze, bez niej czuł się jak bez ręki, nie była jego pracownikiem, była jego partnerem, kimś kogo kochało jego zlodowaciałe przez wiele lat serce. Rozmawiając z nią, twierdził że jest urodzonym samotnikiem, lub że nie może być z kimś kogo tak naprawdę kocha. Teraz istniało poważne niebezpieczeństwo, że prawo wyboru zostanie mu odebrane. Gdy zabraknie Felicity pogrąży się w jeszcze większych ciemnościach. Jeszcze niedawno był przekonany, że jest mu pisane życie w pojedynkę, ale teraz zaczęły go dręczyć wątpliwości. Przypomniała mu się stara sentencja: nie wypowiadaj życzeń pochopnie, bo mogą się spełnić co do joty. I co teraz? Gdy patrzył na nieruchomą informatyczkę, wydawało mu się, że z nią odchodzi wszystko, co kochał. Odgłos kroków przyciągnął jego uwagę. Wrócił Diggle, wyraźnie zakłopotany usiadł nieopodal ławki zajmowanej przez Olivera. 
- Dosięgnie mnie gniew Boga - westchnął ciężko i rozejrzał się wokół. 
- Słyszałem, że Bóg nie jest mściwy, John - odparł ponuro Oliver. 
- Masz racje, jednak wiesz, że pierwsza zasada, którą ci wpajano przez długi czas to oswojenie się z zabijaniem. 
- Tak. Wszędzie uczą jak robić to najefektywniej. Myślę, że ludzie nie mordowaliby się nawzajem z taką łatwością, gdyby nie wpajano im, że to takie łatwe jak pstryknięcie palcami. 
- I to cię gryzie? - Diggle zmruzył oczy.
- Dawniej się tym nie przejmowałem, wyjmowałem łuk i strzałę i to sie po prostu działo. Jednak gdy poznałem Felicity i ona dołączyła do naszej eskapady, zacząłem się nad tym zastanawiać. W pewnej chwili świat stanął na głowie. Od kilku lat wszyscy widzą we mnie mordercę, ale nie ona. Cholera jasna, wystarczy, że spojrzy na człowieka, a każdy zaraz czuje się ważny, potrzebny, wręcz niezastąpiony. - Oliver nagle spochmurniał, dotarło do niego, że to może już nigdy się nie powtórzyć.
- To prawda, gdy Felicity się uśmiecha dzień staje się lepszy. Ale myślę, ża zawsze taka była - dodał Diggle. - Ona nawet w najgorszym położeniu zawsze znajduje sensowne rozwiązanie.
- Dzięki niej ubzdurałem sobie, że jeśli sie postaram. Rzucę to wszystko w kąt, przestanę zabijać i zmienię się o 180 stopni. - ciągnął dalej. - Dawniej nie zależało mi na tym.
- Jakoś się ułoży Oliverze.
- Doceniam, że podtrzymujesz mnie na duchu - Queen popatrzył na niego spod zmrużonych powiek. - Ale nie wiem czy jest co naprawiać.
- Litujesz się nad nią. Felicity się na to nie nabierze, od razu domyśli się co knujesz. - odciął się Diggle.
- Teraz lituje się wyłącznie nad sobą. Miałem ją chronić! - wybuchnął. - Zawiodłem ją.
- Wszystko będzie dobrze.
Oliver ukrył twarz w dłoniach i westchnął przeciągle. - Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i nie dopuścić do tego co się stało. - powiedział niezbyt jasno.
- Jak my wszyscy. - odparł pogrążony w zadumie Diggle.