Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

31.5.15

Rozdzial 26





***

Ostrożnie, pragnąc odwrócić uwagę Marcusa Blacka od Frelicity, Oliver sunął wzdłuż ściany. Obrzucał Blacka obelgami, a potem uskakiwał w lewo albo w prawo, zanim ten zdążył wycelować pistolet i wypalić. - Zabiję cię! - Trzęsąc się ze strachu, Black znów wystrzelił i trafił w ścianę - Widziałem, jak krwawisz. Zabiję cię.
Dopiero gdy Queen się upewnił, że panna Smoak zeszła na dół i bezpiecznie skryła się w cieniu, pojawił się dwa metry od Blacka. - Już raz mnie postrzeliłeś. - Oliver pewnie wycelował w serce Blacka. Wystarczyło tylko pociągnąć za cyngiel i byłoby po wszystkim. Skończyłyby się cztery miesiące piekła przez jakie przeszła Felicity, jego Felicity...  Ale wtedy spostrzegł blondynkę - jej bladą twarz, lśniącą od potu. Poluzował palec, spoczywający na cynglu.
- Marcusie Black, zawiodłeś to miasto. Będziesz miał dużo czasu, by zastanowić się dlaczego. Rzuć broń!
Oniemiały Marcus upuścił pistolet na beton. Smoak, blada, lecz opanowana, podeszła i podniosła broń. Nie potrafiłaby jej użyć, ale to dawało jej lekką przewagę. 
- Kim jesteś? - dopytywał się Black. - Kim jesteś?
Powietrze przeszyły dwie strzały. Nie zdążyły jeszcze przebrzmieć, gdy mężczyzna leżał bez oznak życia na ziemi. Oliver podszedł do ciała. - Jestem twoim przeznaczeniem - wyszeptał, odwrócił się i wziął Felicity w objęcia.
- Powiedzieli, że cię schwytali. Mieli cię zabić. Nie mogłam im pozwolić, musiałam coś zrobić. Przecież wiesz, musiałam cię ratować Oliverze, nie wybaczyłabym sobie gdybym nie zrobiła czegokolwiek. 
- Trzeba było mi zaufać. - Odwrócił ją, by uchronić ją od widoku otaczającej ich śmierci. Słyszała ją niejednokrotnie przez słuchawkę w Jaskini Arrowa, ale co innego słyszeć a co innego być jej częśćią. Widzieć ją, czuć otaczającą pustkę i ból. 
- Ale ty tu byłeś - powiedziała i nagle zatrzymała się. - Skąd tu się wziąłeś? Skąd wiedziałeś?
- System namierzania. Usiądź. Cała się trzęsiesz.
- Mam przeczucie, że za chwilę będę trzęsła się ze złości. Wiedziałeś, że oni tu będą? I nic mi nie powiedziałeś? 
- Tak, wiedziałem. Siadaj. Przyniosę ci wody.
- Przestań, przestań! - Obiema rękami chwyciła go za kostium. - Wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś. Wiedziałeś o Blacku, o Rayu.
- O Palmerze nie wiedziałem. - I zawsze będzie tego żałował. - Dopóki nie wszedł tutaj dzisiaj i nie opowiedział ci wszystkiego, byłem skupiony na Blacku.
- Więc skąd tu się wziąłeś?
- Rozszyfrowaliśmy z Diggle'm system namierzania parę dni temu. Każda transakcja miała miejsce w budynku należącym do Blacka. Między kolejnymi były co najmniej dwa tygodnie przerwy i odbywały się one w innej części miasta. Spędziłem z Roy'em parę nocy, obserwując inne miejsca, ale  w końcu wylądowałem tutaj. A nie powiedziałem ci, bo chciałem uniknąć tego, co się stało tej nocy. Cholera Felicity, kiedy martwię się o ciebie, nie mogę się skoncentrować. Nie mogę wykonywać swojej roboty. Nie mogę być Arrowem kiedy jestem z tobą, rozumiesz? 
Felicity Smoak wzięła kilka głębokich wdechów, myślała, że za chwilę zemdleje. To nie działo sie naprawdę, Oliver Queen to nie mógł być człowiek, który jeszcze kilka godzin temu trzymał ja w ramionach. Po chwili uspokoiła się, wyciągnęła rękę. - Widzisz ten pierścionek? Podarowałeś mi go zaledwie parę godzin temu. Noszę go, bo cię kocham i uczę się akceptować ciebie na nowo, twoje uczucia, twoje potrzeby. Jeżeli nie możesz zrobić tego samego dla mnie, to weź go sobie z powrotem.
Skryte za maską oczy były ciemne i nieruchome. - Nie chodzi o to, by robić to samo...
- Ale tak właśnie było. Zabiłam dziś człowieka. - Głos jej drżał, ale odepchnęła go, gdy chciał ją znowu objąć. - Zabiłam człowieka, którego znałam. Przybyłam tu gotowa wymienić nie tylko moją etykę, duszę ale własne życie za twoje. Nie waż się już nigdy więcej mnie chronić i rozpieszczać albo myśleć za mnie.
- Skończyłaś? - Oliver wiedział, że póki Felicity się wścieka jest sobą, a póki papla trzy po trzy, on nie powinien sie niczym przejmować, bo nic złego się nie stało. 
- Nie. - Oparła się o krzesło - Wiem, że nie przestaniesz robić tego, co robisz. Siedzimy w tym razem, pamiętasz? Ja, ty, John i Roy. Ale pomimo tego wszystkiego, kocham cię i nie potrafie się wyluzować na tyle. Oliverze Queen powiem krótko, martwię się o ciebie, ale nie będę stać ci na drodze, a ty nie będziesz więcej mnie oszukiwał. Chcesz mnie chronić, chroń mnie ale nie zatajaj przed mną prawdy. Bo to kłamstwa doprowadziły cię do tej sytuacji, przez twoje kłamstwa zabiłam Raya Palmera, rozumiesz to? 
Pokiwał głową. - Czy to już wszystko?
- Na razie.
- Masz rację.
Panna Smoak otworzyła usta, zamknęła je, po czym głęboko odetchnęła. - Możesz to powtórzyć? - chyba się przesłyszała, Arrow od razu jej przytaknął. 
- Masz rację. Trzymałem cię z dala od tych spraw, ale zamiast cię chronić, naraziłem cię na jeszcze gorsze niebezpieczeństwo. Za to przepraszam. Poza tym wyznaniem muszę ci jeszcze powiedzieć, że nie zamierzałem go zabić. - Spojrzał na leżącego Blacka, po czym przytrzymał blond informatyczkę za podbródek, by nie mogła popatrzeć w tę stronę. - Chciałem, to prawda. Przez chwilę czułem smak zemsty. Ale gdyby się poddał, oddałbym go w ręce policji.
Po jego oczach poznała, że mówił prawdę. - Dlaczego?
- Bo spojrzałem na ciebie i poczułem, że mogę ci zaufać. że istnieje sprawiedliwość. - Wyciągnął rękę. - Felicity, potrzebuję ciebie jako partnerki w życiu prywatnym i służbowym.
Uśmiechnęła się przez łzy.- Ja też cie potrzebuje - powiedziała i zamiast uścisnąć mu rękę, padła mu w ramiona.
- Nic nas nie powstrzyma - wyszeptała, gdy w oddali zabrzmiał dźwięk pierwszych syren. - To pewnie Diggle ściągnął kawalerię. - Pocałowała go. - Wytłumaczę ci później. W domu. A teraz lepiej już idź. - Cofnęła się z westchnieniem. - Trzeba będzie dobrego prawnika, zadzwonię do Laurel i wezwę tutaj kapitana... detektywa Lance. Miała nadzieje, ze Laurel jej pomoże, potrzebowali teraz dobrego adwokata, panna Lance była najlepsza w swoim fachu 
Na odgłos zbliżających się kroków Oliver cofnął się i wtopił się w ścianę za Felicity.
- Będę przy tobie.
Uśmiechnęła się, kładąc na ścianie rozpostartą dłoń, pewna, że on zrobił to samo po drugiej stronie.
- Liczę na to. - kiedy zniknął, dodała całkiem cichutko - Kocham cię - a potem ruszyła w stronę pierwszych pojawiajacych się radiowozów. 





________________________________________
Kochani ta część opowiadania dobiegła końca. Kolejne mini opowiadanka już niebawem. 
Jeśli zaś ktoś chętny zapraszam na fanpage o serialu Arrow i The Flash: https://www.facebook.com/arrow.crossover



1.5.15

Rozdzial 25

***


Green Arrow, niczym duch, obserwował wymianę narkotyków na pieniądze. Tysiące banknotów za tysiące gramów cierpienia. Nabywca rozciął jedną z torebek na próbę, nabrał odrobinę białego proszku i wsypał go do fiolki, by sprawdzić jego czystość. Diler przeliczał banknoty. Kiedy obaj uznali, że są zadowoleni, dobili targu. Wymienili niewiele słów. To nie był przyjemny interes, ani też taki o którym powinno się opowiadać dzieciom na dobranoc. Oliver patrzył, jak nabywca zabiera swój nędzny towar i odchodzi. Wiedział, że będzie mógł szybko i bez trudu odnaleźć tego mężczyznę, poczuł jednak ukłucie żalu. Gdyby nie to, że tropił większą aferę, z największą przyjemnością wrzuciłby obu kontrahentów wraz z ich towarem do rzeki. Odgłos kroków odbił się echem. W wysokim budynku z pustaków była świetna akustyka. Różne pudła i skrzynie piętrzyły się pod ścianami oraz na długich, metalowych półkach. Narzędzia i półprodukty leżały stłoczone na stołach warsztatowych. Duży wózek widłowy, służący do przewożenia zmagazynowanych tam stosów drewna, stał przy aluminiowej bramie do garażu. Chociaż wokół rozchodził się zapach trocin, potężne piły zamarły w grobowym milczeniu. Nagłe do pomieszczenia wszedł Black.
- Oto nasze pierwsze trofeum tej nocy. - Podszedł do walizki pełnej gotówki, odpychając obstawę. - Przyjdzie ktoś jeszcze bogatszy. - Zamknął walizkę. - Kiedy się pojawi, wprowadź go tutaj.


Gdy tak stał, niewidoczny jak powietrze, którym oddychał, dłonie zaciskały mu się na łuku, który trzymał w rękach. Teraz. To jest właśnie ta noc, pomyślał. Część jego istoty, ta, która pragnęła jedynie zemsty, marzyła, by wyciągnąć strzałę i strzelić. Z zimną krwią. Lecz krew miał zbyt gorącą na takie szybkie, anonimowe rozwiązanie. Usta wykrzywił mu ponury grymas. Są lepsze sposoby. Już miał się odezwać, by powiedzieć, że Marcus Black zawiódł po raz kolejny to miasto, gdy usłyszał głosy i stukot butów na betonowej posadzce. Zostawił Felicity w łóżku, śpiącą. Na czoło wystąpiły mu krople zimnego potu. Nadchodziło niebezpieczeństwo, które wcześniej wyczuł. Ale zagrażało nie jemu. Dobry Boże, nie jemu, tylko jej. Patrzył, jak Felicity Smoak wpada do pomieszczenia, w towarzystwie dwóch uzbrojonych goryli. Na moment zawahał się pomiędzy światem cieni a jej światem. - Gdzie?! Gdzie on jest?! - Stała naprzeciw Blacka jak tygrysica, z głową wysoko uniesioną i płonącymi oczami. Nie czuła strachu, jak za pierwszym razem, kiedy ją porwał i w każdej chwili chciał zabić. - Zginiesz, jeśli go skrzywdziłeś. Przysięgam Ci, zginiesz.
Przechylając głowę, Marcus klasnął w dłonie. - Niesamowite. Zakochana kobieta.
Nie było miejsca na strach przed Blackiem, kiedy wszystkie jej lęki dotyczyły tylko Olivera Queen'a. - Chcę go zobaczyć.
- Jesteś w gorącej wodzie kąpana, seniorito. Przyniosłaś to, o co prosiłem?
Felicity uniosła teczkę. - Zabierz to ze sobą do piekła!
Black podał teczkę ochroniarzowi i skinięciem głowy nakazał mu, by zaniósł ją do sąsiedniego pomieszczenia. - Cierpliwości - powiedział, unosząc rękę. - Może usiądziesz?
- Nie. Dostałeś, czego chciałeś, a teraz daj mi to, po co przyszłam.
Drzwi otworzyły się ponownie. Felicity otworzyła szeroko oczy. - Ray? - Po zaskoczeniu nadeszła pierwsza fala ulgi. To nie Oliver, pomyślała. To nie Olivera złapali. To był Ray Palmer. Szybko podeszła do niego, by go chwycić za ręce. - Tak mi przykro. Tak mi przykro, że to się stało. Nie miałam pojęcia.
- Wiem. - Uścisnął jej ręce. - Byłem pewny, że przyjedziesz. Liczyłem na to.
- Mam nadzieję, że to pomoże komuś z nas.
- Już pomogło. - Objął ją, patrząc na Blacka. - Sprawa poszła gładko, jak mi się wydaje.
- Zgodnie z oczekiwaniami, panie Palmer.
- Świetnie. - Ray przyjacielsko poklepał blondynkę po plecach. - Musimy porozmawiać.
Poczuła, że cała krew uciekła jej z twarzy. - Ty... ty nie byłeś wcale zakładnikiem, prawda?
Pozwolił jej odsunąć się, ale ruchem dłoni wezwał z powrotem ochroniarzy. Nie miała dokąd uciec, a on chciał być wspaniałomyślny. - Nie i, niestety, ty też nim nie jesteś. Przykro mi.
- Nie mogę w to uwierzyć! - Wstrząśnięta, uniosła dłonie do skroni. - Wiedziałam, że ślepo popierałeś Blacka, ale to... Na Boga, Ray, nie możesz być w to zamieszany. Czy ty wiesz, co on robi? Narkotyki, morderstwa... To nie jest polityka, to przestępstwo na wielką skalę.
- To wszystko polityka. - Uśmiechnął się. - Chyba nie wierzysz, że ta bezwolna marionetka, jaką jest burmistrz, stoi za całą organizacją? - Tym razem zaśmiał się i kazał przynieść krzesło. - Ale uwierzyłaś, bo stworzyłem przyjemną, wyraźną ścieżynkę z okruszków dla ciebie i wszystkich, którym chciało się szukać. - Położył jej dłoń na ramieniu i popchnął ją na krzesło.
- Ty? - Spoglądała na niego nieprzytomnym wzrokiem. - Chcesz powiedzieć, że ty za tym stoisz. Że Black...
- Jest tylko pionkiem. Przez ponad sześć lat trzymałem się dwa kroki za nim, załatwiając, co się dało i naciskając wszystkie guziki. Black nie potrafiłby zarządzać sklepem z tandetą, a co dopiero całym miastem. Albo stanem... - Palmer usiadł. - Jak ja za pięć lat.
Felicity nie bała się, znała tego mężczyznę od prawie dwóch lat, uważała go za przyjaciela, za osobę uczciwą, choć trochę słabą. - Jakim sposobem?
- Pieniądze, władza, umysł - wyliczył na trzech palcach - Ja byłem mózgiem. Black trzymał władzę. Uwierz mi, on był bardziej niż chętny, by zostawić wszystkie detale, administracyjne i inne, w moich rękach. Jest świetnym mówcą, wie, kogo w tyłek kopnąć, a kogo namiętnie pocałować. Resztę robię ja, i to od sześciu lat, odkąd wsadzono mnie do jego biura.
- Kto cię tam wsadził?
- Bystra jesteś. - Z podziwem pokiwał głową. - Slade Wilson. To on ma pieniądze. Problem tkwił w tym, że jego interesy - te legalne, z których się musiał rozliczać - przynosiły większe zyski, niż sobie tego życzył. Będąc biznesmenem, znał inny sposób na zainwestowanie tej nadwyżki.
- Narkotyki.
- Znowu masz rację. - Założył nogę na nogę i zerknął obojętnie na zegarek. Nie musiał się spieszyć, skoro był to ich ostatni raz. - Był szefem Wschodniego Wybrzeża przez ponad trzy lata. To coś znaczy. Ja powoli piąłem się po szczeblach organizacji. Slade lubi inicjatywę. Ja miałem wiedzę - prawo, nauki polityczne - a on miał Blacka.
Pytania. Musiała zadawać mu pytania i pilnować, by na nie odpowiadał. Dopóki... nie przyjdzie Oliver? - zastanawiała się. Czy Johnowi udało się z nim skontaktować? - Więc współpracowaliście we trzech?
- Wilson nie. Nie chciałbym, żebyś go przeceniała, bo za bardzo szanuję twoją opinię. On jest tylko wygodną marionetka i nie ma pojęcia o naszym przedsięwzięciu. A nawet jeśli ma, jest na tyle rozsądny, by przymknąć na to oko. - Wzruszył ramionami. To zresztą bez znaczenia. - We właściwym czasie ujawnimy informacje podatkowe i to wszystko, co już odkryłaś. Nikt nie będzie bardziej zaskoczony od Blacka. A skoro to ja będę tym, który sprawiedliwie i z żalem to ujawni, bez problemu zajmę jego miejsce. I tak dalej...
- To się nie uda. Nie jestem jedyną osobą, która o tym wie.
- Queen. - Ray oplótł rękami kolana. - Och, muszę się spotkać z Oliverem. Kazałem Blackowi zlikwidować go kilka miesięcy temu, ale nie dokończył roboty.
- Ty? - wyszeptała. - To ty mu kazałeś?
- Wilson zostawia tego typu szczegóły mnie. - Wychylił się do przodu tak, by tylko ona mogła go usłyszeć.- Lubię szczegóły, na przykład takie, co robi twój nowy narzeczony w wolnych chwilach. Tym razem to ty mnie do niego doprowadziłaś, Felicity.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Potrafię świetnie oceniać ludzi. A ty jesteś osobą bardzo przewidywalną. Ty, zasadnicza, inteligentna i lojalna kobieta związana z dwoma mężczyznami? To mało prawdopodobne. Tej nocy prawdą okazało się to, co podejrzewałem od wielu tygodni. Tylko jeden człowiek potrafiłby rozpoznać Blacka, zdobyć twoje serce i mieć dość powodów, by mnie ścigać jak fanatyk. - Poklepał ją po ręce. - To nasza mała tajemnica. A ja lubię tajemnice. - Ray Palmer wstał. - I chociaż jest mi przykro, naprawdę, tylko jedno z nas może stąd wyjść z tym sekretem. Powiedziałem Blackowi, żeby zrobił to szybko. W imię starych dobrych czasów.
Chociaż ciałem jej wstrząsały dreszcze, znalazła w sobie dość siły, by wstać. - Nauczyłam się wierzyć w przeznaczenie. Nie wygrasz. On się o tym dowie. Ty mnie zabijesz, a on cię dopadnie. Myślisz, że go znasz, ale mylisz się. Nigdy go nie dopadniesz.
- Jeśli to cię pociesza. - Oddalił się o parę kroków - Nie mamy go... na razie.
- Mylisz się!
Wszystkie głowy w pomieszczeniu odwróciły się na dźwięk tego głosu. Wokół nie było niczego prócz gołych ścian i stosów drewna. Pod dziewczyną ugięły się kolana. O mały włos, a byłaby osunęła się na ziemię.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.



***


Ochroniarz stojący przy ścianie rzucił się do tyłu, zaskoczony. Gdy jego ciało prężyło się i szamotało, jego karabin zaczął pluć ogniem. Mężczyźni z krzykiem dawali nurka, by się ukryć. Ochroniarz wrzasnął i odskoczył od ściany. Zastrzelili go jego towarzysze. Biegnąc za rzędem półek, Smoak gorączkowo szukała jakiejś broni. Chwyciła łom i cofnęła się, gotowa do obrony. Ku jej zdumieniu, strażnikowi o wybałuszonych oczach ktoś nagle wyrwał karabin. Oszalały ze strachu, rzucił się z krzykiem do ucieczki.
- Nie ruszaj się! - dobiegł ją głos.
- Dzięki Bogu. Myślałam, że...
- Po prostu odsuń się. Tobą zajmę się później.
Stanęła w miejscu, dzierżąc łom. Green Arrow powrócił, pomyślała. Jak zwykle arogancki, by zachować pozory. Odsunąwszy na bok pudło, spojrzała przez szparę na toczącą się walkę. Zostało jeszcze pięciu mężczyzn - ochroniarze, Black i Palmer. Strzelali na oślep, równie przerażeni jak i zdezorientowani. Kiedy jedna z kul wbiła się w ścianę niecałe pół metra od jej głowy, przykucnęła. Ktoś wrzasnął. Ten dźwięk sprawił, że zacisnęła mocno powieki. Czyjaś dłoń chwyciła ją za włosy i podniosła do góry.
- Kim on jest? - syknął jej Ray do ucha. A choć ręka mu drżała, nie rozluźnił uścisku. - Kim on jest, do cholery?
- On jest bohaterem. Strażnikiem Starling City. - powiedziała, patrząc wyzywająco w jego oszalałe oczy. - Ty tego nigdy nie zrozumiesz.
- On będzie trupem, zanim to się skończy. Pójdziesz ze mną. Będziesz patrzec jak twój bohater umiera. - Pchnął ją przed siebie. - Jeden fałszywy ruch, a strzelę ci w plecy.
Felicity wzięła głęboki oddech i uderzyła Palmera łomem w brzuch. Gdy runął na ziemię, charcząc, rzuciła się do ucieczki, klucząc pomiędzy stołami roboczymi i regałami. Ale Ray szybko się pozbierał i na poły biegnąc, na poły pełznąc, dopadł ją i chwycił za kostkę. Zaklęła i kopnęła go, świadoma, że w każdej chwili może dostać kulkę w plecy. Wspięła się na stertę desek, wierząc, że jeśli uda jej się wdrapać na bezpieczną wysokość, nie będzie mógł użyć jej jako tarczy. Słyszała, jak gramoli się za nią, zyskując przewagę, w miarę jak odzyskiwał oddech. W desperacji wyobraziła sobie, że jest jaszczurką, zwinną i szybką, trzymającą się drewna. Nie wolno jej spaść. To wszystko, co wiedziała. Drzazgi wpijały jej się w palce, ale ona tego nie czuła. Z całych sił zamachnęła się łomem na Ray'a, trafiając go w ramię. Zaklął i zachwiał się. Wiedząc, że lepiej nie oglądać się za siebie, zacisnęła zęby i przeskoczyła ze sterty na wąską, metalową drabinę. Spocone dłonie ześlizgiwały się, ale trzymała się mocno i zdołała się wspiąć na wyższy poziom. Coraz bardziej zdyszana, popędziła metalowym podestem, na którym walały się materiały budowlane i izolacyjne. Dalej nie było już dokąd uciekać. Kiedy dotarła do najdalszego zakątka, zrozumiała, że znalazła się w pułapce. Palmer dotarł już prawie na szczyt. Nie mogła zejść niżej, nie miała też szansy, by półtorametrowym susem przeskoczyć na podwieszoną metalową półkę z większą liczbą uchwytów. Ray ciężko oddychał, z ust ciekła mu strużka krwi. A w ręku miał pistolet. Felicity zrobiła chwiejny krok w tył i spojrzała w dół, gdzie osiem - dziesięć metrów poniżej, Arrow zmagał się z trzema przeciwnikami. Zdawała sobie sprawę, że nie może go zawołać. Odwrócenie jego uwagi, choćby na sekundę, mogło kosztować go życie.

Postanowiła stawić, więc czoło byłemu przyjacielowi. - Nie wykorzystasz mnie, by go złapać.
Ray otarł wierzchem dłoni krew i ślinę z ust. - Wóz albo przewóz.
- Nie. - Cofnęła się i uderzyła w łańcuch podnośnika. Był gruby i ciężki, używano go prawdopodobnie do podnoszenia dużych partii drewna na wyższy poziom składowania. - Nie - powtórzyła i z całych sił walnęła go łańcuchem w twarz. Usłyszała chrzęst łamanych kości, potem krzyk, jeden przeraźliwy krzyk, zanim ukryła twarz w dłoniach.

Arrow, który właśnie załatwiał swoje porachunki z Blackiem, spostrzegł ją, bladą jak trup, balansującą na krawędzi wąskiej, metalowej półki. Nie spojrzał nawet w kierunku mężczyzny, który spadał z krzykiem na betonową posadzkę. Biegnąc w jej kierunku, usłyszał świst kuli przelatującej obok jego głowy.
- Nie! - zawołała w jego stronę, walcząc ze słabością. - On jest za tobą!
Nagle zobaczyła z ulgą, jak Black patrzy z niedowierzaniem, jak Arrow skręcił w lewo i zniknął. Jego tajemne sztuczki po raz kolejny uratowały mu życie...