Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

29.3.15

Rozdzial 24

***

Felicity śmiała się jeszcze, gdy kelner pobiegł na zaplecze, po czym spojrzała na  twarz Olivera i zauważyła, że jest skupiony na czymś innym.
- Co się dzieje?
- Burmistrz. - Queen uniósł kieliszek, lecz jego oczy śledziły panią burmistrz, która szła przez salę. - Właśnie przyszła z Marcusem Blackiem, Stuartem Milbo i paroma innymi szychami oraz twoim kumplem Palmerem w odwodzie.
Felicity Smoak odwróciła głowę. Zmierzali w kierunku stolika na osiem osób. Rozpoznała znaną aktorkę i prezesa jednej z firm motoryzacyjnych. - Mocna obsada - zauważyła cicho.
- Ma show-biznes, przemysł, finansjerę i świat sztuki przy jednym stoliku. Zanim skończy się wieczór, ktoś pojawi się i zrobi parę „przypadkowych” ujęć.
- To nie będzie miało znaczenia. - Położyła dłonie na dłoniach mężczyzny. - Już za tydzień to nie będzie miało żadnego znaczenia.
Nawet prędzej, pomyślał Queen, ale pokiwał głową. - Idzie Stuart.
- No proszę! - Stuart klepnął Olivera w ramię. - Co za miły zbieg okoliczności. A pani jak zwykle zachwycająca, panno Smoak.
- Dziękuję.
- Świetna restauracja. Nikt nie przyrządza lepiej ślimaków - powiedział, uśmiechając się do nich obojga. - Nienawidzę, jak się marnują na tych pogadankach biznesowo-politycznych. Ale wy trafiliście w dziesiątkę. Szampan, świece. - Jego bystre spojrzenie padło na pierścionek zdobiący dłoń blondynki. - A cóż to za śliczne cacko? Czyżbyście chcieli coś obwieścić? - Zerknął na Queena.
- Przyłapałeś nas na gorącym uczynku, Stuarcie.
- Miło to słyszeć. Spędźcie miesiąc miodowy w jednym z moich hoteli. Na koszt firmy. Jak za starych dobrych czasów, co Oliverze? - Wciąż szczerząc zęby, skinął na panią burmistrz. Nie zaszkodzi wizerunkowi obecnych, pomyślał, jeśli jako pierwszy złoży gratulacje byłemu-czołowemu biznesmenowi w mieście i najbardziej znanej pani informatyk z Palmer Technologies.  
- Oliverze, Felicity - Szerokiemu uśmiechowi Marcusa przeczyło sztywne skinienie głowy. - Miło was widzieć. Jeżeli jeszcze nic nie zamówiliście, zapraszam do naszego stolika.
- Nie dzisiaj - odezwał się Stuart, zanim Queen zdążył otworzyć usta. - Mamy przed sobą świeżo zaręczoną parę, Black. Nie chcą marnować wieczoru na rozmowy o strategii kampanii wyborczej.
Marcus, wciąż uśmiechnięty, spojrzał na pierścionek dziewczyny, ale nie był zadowolony. - Gratuluję. - dodał wymuszonym tonem głosu. 
- Tworzymy jedną szczęśliwą rodzinę. - Marcus spojrzał na Olivera. Poparcie Queenów było mu potrzebne. - Żenisz się ze wspaniałą kobietą, świetną informatyczką. Parę razy przyprawiła mnie o ból głowy, ale uwielbiam jej zasady.
Ton Olivera był chłodny lecz grzeczny. - Ja również.
Stuart znów wybuchnął dudniącym śmiechem. - Ja podziwiam w niej coś więcej niż tylko zasady. - Mrugnął znacząco do Felicity - Bez obrazy. A teraz wracajmy do polityki i zostawmy tych dwoje w spokoju.
- Drań! - syknęła blondynka, gdy znaleźli się poza zasięgiem głosu. - Chciał ci się podlizać.
- Nie. - Queen stuknął kieliszkiem w jej kieliszek. - Nam obojgu.
Ponad jej ramieniem zobaczył moment, w którym Ray Palmer usłyszał najświeższą wiadomość. Aż podskoczył i zaczął rozglądać się dokoła. Oliver prawie mógł usłyszeć, jak wzdycha, spoglądając na plecy Felicity.
- Nie mogę się doczekać, kiedy go przyskrzynimy. - W jej głosie było tyle jadu, że aż Oliver nakrył dłonią jej rękę i mocno uścisnął.
- Spokojnie. To już tylko kwestia czasu. Wszystko za niedługo się wyjaśni. 

***

Była taka prześliczna. Oliver leżał w łóżku, wpatrzony w Felicity. Wiedział, że śpi głębokim snem, nasycona miłością i wyczerpana namiętnością. Chciał, by przespała noc spokojnie aż do rana. Nie mógł znieść myśli, że były takie chwile, gdy budziła się w środku nocy i nie znajdowała go przy sobie. Ale tej nocy poczuł zbliżające się niebezpieczeństwo i pragnął się upewnić, że ona śpi. Na telefonie migotała wiadomość od Roy'a, odłożył go, wstał i zaczął się po cichu ubierać. Słyszał jej oddech, powolny i równomierny, i to go uspokoiło. W księżycowej poświacie zobaczył swoje odbicie w lustrze. Nie, nie odbicie, pomyślał. Własny cień. Wsunąwszy dłonie w opięte czarne rękawiczki, otworzył cicho komodę po czym wyjął łuk i strzały. Łuk i strzały lepiej niekiedy znał niż dłoń przyjaciela. Ale nie użył go od tamtej pamiętnej nocy na wyspie, przed czterema laty. Nie było potrzeby. Tej nocy jednak znów go poczuł. Nie walcząc już z instynktem, wsunął kołczan ze strzałami na plecy i wziął do ręki łuk.  Otworzył drzwi od sypialni i zatrzymał się. Chciał jeszcze raz popatrzeć na śpiącą Felicity. Teraz wyczuwał już niebezpieczeństwo - gorzki smak w ustach, w gardle. Jedyną pociechą był fakt, że jej nic się nie stanie. A on wróci. Obiecał to przecież sobie i jej. Los nie mógłby zadać takiego zabójczego ciosu dwa razy w życiu. Wyszedł z sypialni, a potem zamykajac drzwi zewenętrzne, zniknął w ciemnościach. 

***

Po niespełna godzinie telefon wyrwał  blondynkę ze snu. Nieprzywykła do telefonów o tej porze, mrucząc coś do Olivera, namacała słuchawkę, która sturlała się z aparatu. - Halo?
- Moja przepiękna.  - Głos Blacka podziałał na nią jak kubeł lodowatej wody.
- Czego chcesz?
- Mamy go. Tak łatwo było zastawić sidła.
- Co? - Przerażna sięgnęła w stronę Queena, ale nim jej dłonie natrafiły na pustą pościel, już wiedziała. - O czym ty mówisz? - Głos drżał jej ze strachu.
- On żyje. Na razie chcemy, żeby żył. Jeśli ty też tego chcesz, to przyjedź szybko, sama. Wymienimy go za wszystkie twoje dyski, wszystkie dane. Wszystko, co na nas masz.
Zakryła ręką usta, próbując grać na zwłokę, dopóki będzie w stanie pomyśleć. - Zabijesz nas oboje.
- Być może. Ale możesz być pewna, że go zabiję, jeżeli ty nie przyjdziesz. Spotkamy się w magazynie na East River Drive. Numer to trzysta dwadzieścia pięć. Dojazd zajmie ci pół godziny. Jak będzie to trwało dłużej, obetnę mu prawą dłoń. Za kolejne dwadzieścia minut zwłoki obetnę mu lewą dłoń. Zegar właśnie ruszył. 
Felicity poczuła gwałtowny skurcz żołądka. - Będę tam. Tylko nie zrób mu nic złego. Chciałabym jeszcze z nim porozmawiać...
Black odłożył już słuchawkę.
Informatyczka wyskoczyła z łóżka. Narzucając szlafrok, zbiegła na dół do mieszkania Diggle'ów. Jeden rzut oka wystarczył jej, by stwierdzić, że nie ma go w mieszkaniu. Zbiegła więc na dół, gdzie zastała Lyle w łóżku, oglądającą stary film, z puszką orzeszków w ręce.
- Gdzie jest John?
- Wyszedł do całodobowej wypożyczalni wideo i po pizzę. Postanowiliśmy zrobić sobie festiwal braci Marx. Coś się stało?
Felicity ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się kiwać. Musiała coś wymyślić.
- John wróci za dwadzieścia minut.
- To za późno. - blondynka opuściła ręce. Nie było już ani chwili do stracenia. - Powiedz mu, że miałam telefon i musiałam jechać. Przekaż mu, że chodzi o Oliver'a.
- Widzę,  że masz kłopoty. Mów, o co chodzi, może będę mogła ci pomóc. - głos Lyli był zmartwiony. 
- Nie, powtórz mu to, proszę. Jak tylko wróci. Ze pojechałam na East River Drive trzysta dwadzieścia pięć.
- Nie możesz. - Lyla zaczęła gramolić się z łóżka - Nie możesz tam jechać sama o tej porze.
- Muszę. Powiedz Johnowi, że musiałam. - Chwyciła Lyle za ręce.- To sprawa życia i śmierci!
- Ubiorę się, wezmę tylko broń...
- Nie. Powtórz tylko Johnowi wszystko, o czym ci mówiłam. I powiedz mu, o której wyszłam. Obiecaj mi to.
- Oczywiście, ale... - Felicity już wybiegła z mieszkania Diggle'ów. 

Kilka bezcennych minut zajęło jej ubranie się i spakowanie danych na dyskach do teczki. Gdy dobiegła do samochodu, dłonie miała mokre od potu. Pędząc przez ulice, w myślach powtarzała jak mantrę imię Olivera. Z gardłem ściśniętym paniką patrzyła, jak zegar na desce rozdzielczej odmierza minuty.

23.3.15

Rozdzial 23

***

Gdy dotarli do wynajętego przez Johna Diggle'a mieszkania dla nich, Felicity prawie spała na stojąco. W połowie ziewania zastygła i wbiła wzrok w pudełka na łóżku.
- Co to jest?
- Wszystko, co masz w tej chwili, to moja koszula na grzbiecie i swoje stare jeansy. A chociaż lubię Cię w swojej koszuli to... - przesunął palcem po guzikach - i to bardzo, pomyślałem sobie, że chciałabyś może mieć coś na zmianę.
- Na zmianę? - Przygładziła potargane włosy. - Jak to?
- Dałem Thei listę. Ona potrafi być bardzo obrotna jeśli chodzi o kupowanie cicuchów.
- Thei? Ale przecież dzisiaj niedziela. Połowa sklepów jest zamknięta. - Przycisnęła dłoń do żołądka. - O Boże, chyba tego nie ukradła, co? Ja czytałam kiedys, że miała wcześniej problemy z kradzieżą. Poza tym Roy był kiedys drobnym złodziejaszkiem. 
- Chyba nie. - Oliver wziął ją z uśmiechem w ramiona. - Jak mam żyć z tak bezwzględnie uczciwą kobietą? Nie, zapewniam cię, wszystko zostało zapłacone. To bardzo proste. Wystarczy kilka telefonów. Módl się tylko, by Thea dobrała coś odpowiedniego dla ciebie, wiesz kolory, rozmiary i inne bzdety pierdolety na których ja się niekoniecznie znam. - Pocałował ją. - Wszystko, co ci się nie spodoba, można chyba zwrócić. Ale myślę, że to twój styl i rozmiar.
- Nie musiałeś tego dla mnie robić.
Sądząc po jej tonie, rzeczywiście sobie tego nie życzyła. Odgarniając jej włosy za ucho, zaczął cierpliwie tłumaczyć: - To nie był zamach na twoją niezawisłość, pani informatyczko.
-  Wiem. - Pomyślała, że to zakrawa na brak wdzięczności. - Ale...
- Pomyśl praktycznie. Jak by to wyglądało, gdybyś się jutro pokazała w Palmer Technologies w podartych spodniach? - Pociągnął za pasek i dżinsy zsunęły jej się do stóp.
- To byłby szok - przyznała i uśmiechnęła się, gdy podniósł ją do góry, by postawić obok kupki drelichu.
- Do tego w mojej koszuli? - Zaczął rozpinać guziki.
- Masz rację. Jesteś bardzo praktyczny. - Chwyciła go za ręce, żeby nie mógł odwracać jej uwagi. - Doceniam to. Ale to nie jest w porządku, że kupujesz mi ubrania.
- Możesz spłacić ten dług. W ciągu następnych sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat. - Gdy chciała coś powiedzieć, dodał: - Felicity, wiem, że obecnie nie jestem zbyt dobrą partią nie mam pieniędzy jak lodu, ale jestem w stanie załatwić ci wszystko co potrzebujesz.  Jeśli jesteś gotowa dzielić ze mną moje kłopoty, to logiczne, że podzielę się z tobą ostatnimi pieniędzmi w swoim portfelu.
- Nie chciałabym, żebyś sobie pomyślał, że pieniądze są dla mnie ważne lub mają jakikolwiek wpływ na moje uczucia do ciebie.
Oliver pokiwał sceptycznie głową. - Wiesz co, nigdy bym nie przypuszczał, że jesteś w stanie wymyślić coś równie głupiego.
- Może to i głupie, ale kocham cię, mimo że byłeś właścicielem Queen Consolidated a obecnie jesteś bankrutem. I jeżeli nie otworzę chociaż jednego z tych pudełek, to za chwilę oszaleję. 
- Wobec tego zadbaj o swoje zdrowe zmysły, a ja w tym czasie przygotuję kąpiel.
Gdy zniknął w łazience, chwyciła na chybił trafił jedno z pudełek, potrząsnęła nim, a potem zdjęła pokrywkę. Pod warstwą cieniutkiej bibułki znalazła jedwabną koszulę nocną w odcieniu jasnego błękitu. - No, no! - Podniosła ją do góry i zauważyła, że tył jest wycięty poniżej talii. - Thea Queen zdecydowanie zna się na damskiej bieliźnie. Ciekawe, co powiedzą chłopcy w biurze, kiedy jutro przyjdę w tym do pracy? - Nie była w stanie oprzeć się pokusie. Zdjęła koszulę. Cienki, chłodny jedwab zeeślizgnął się w dół, muskając jej głowę i ramiona. Idealny krój, pomyślała, głaszcząc się po biodrach. Zadowolona, odwróciła się do lustra w chwili, gdy Oliver wrócił do pokoju. Nie był w stanie wykrztusić słowa, a tym bardziej oderwać od niej oczu. Długi lśniący jedwab pieścił z szelestem jej ciało, gdy odwracała się do mężczyzny. Oczy miała ciemne jak północ, rozświetlone tajemniczą radością. Usta z wolna wygięła w uśmiechu. Jaka kobieta na tym świecie nie marzyłaby o tym, by ukochany mężczyzna spoglądał na nią tak wygłodniałym wzrokiem. Przechylając zalotnie głowę, koniuszkami palców powiodła leniwie w dół przez środek koszuli - a potem równie leniwie w górę. - Co o tym sądzisz?
- Sądzę, że Thea zasłużyła na dożywotni karnet w Big Belly Burger.

***

Przez następne trzy dni i trzy wieczory pracowali intensywnie, wszyscy jak prawdzimy Team Arrow Krok po kroku przygotowywali akt oskarżenia przeciwko Marcusowi Blackowi. Siedząc w biurze, Palmer Technologies, Felicity od czasu do czasu w wolnych chwilach eliminowała ścieżki prowadzące donikąd, pieczołowicie konstruując fałszywy trop. Musiała tylko porozmawiać z Laurel. Jak na razie odwlekała to jednak w nieskończoność. Co róż wymyślając inny powód, by nie zadzwonić do panny Lance.  Noc w noc, wieczór w wieczór Oliver wstawał z łóżka, ubierał się na zielono, brał Roy'a w stroju Arsenala i błądzili po ulicach szukając kolejnych osób potrzebujących pomocy. Nawet jeżeli sam zainteresowany wiedział, jak często panna Smoak nie spała, rozdarta wewnętrznie i niespokojna, dopóki nie wrócił tuż przed świtem, nie próbował się tłumaczyć ani przepraszać. Nie miał bowiem nic na swoje usprawiedliwienie. Prasa w dalszym ciągu trąbiła o ostatnich wyczynach Green Arrow. Oni sami o tej nocnej działalności nigdy ze sobą nie rozmawiali. Dzieliła ich ona jak gruba ściana, której nie dało się przebić z żadnej strony. Coś wisiało w powietrzu i przecinało ich żyje jak gruba kreska. Felicity to rozumiała, jednak nadal jakaś cząstka jej osobowości buntowała się przed tym. Oliver to rozumiał lecz i jemu było trudno. Kiedy to się skończy? - zadawala sobie pytanie. Nożownik-psychopata nie miał przecież nic wspólnego z Marcusem Blackiem i kartelem narkotykowym. Jak długo jeszcze będą udawali, że ich związek, ich przyszłość mogą być normalne? Jak długo ona, Felicity Smoak będzie się jeszcze łudziła, że to wszystko ma sens. On nie udawał jednak, przyznała z westchnieniem. To ona udawała. Cały czas się okłamywała, że Oliver Queen nie musi być Arrow, może byc zwyczajnym facetem, byłym playboyem, byłym miliarderem jesdnak zwykłym Oliverem. A nie nocnym bojownikiem. Jaka ona jest naiwna. Nikt nie zmieni się od tak, nagle. Nie ma takiej opcji. 
- Felicity - Ray rzucił plik dokumentów na biurko - PT nie wypłaca ci królewskiej pensji za marzenia na jawie. Spojrzała na dokumenty, które właśnie wylądowały na stosie innych.
- Czy to coś da, jeżeli przypomnę, że liczba spraw, które mam na głowie, pobiła rekord świata?
- Podobnie jak współczynnik przestępczości w tym mieście. - Ponieważ wyglądała na przemęczoną, sięgnął po dzbanek z kawą i nalał kubek gorzkich popłuczyn. - Gdyby Arrow wziął sobie parę dni urlopu, nie bylibyśmy tak przepracowani. Wszyscy odetchnęli by z ulgą. Nawet ty, pomyśl nad tym. 
Gdy sączyła kawę, jej mina zmieniła się w grymas. - To zabrzmiało prawie jak komplement.
- To tylko fakty. Nie muszę akceptować jego metod, by cieszyć się z efektów. A kiedy skończę swój strój może będę mógł mu pomóc i trochę go odciążyć. To naprawdę dobry tok myślenia Felicity. Zaskoczona, spojrzała na stanowczą twarz Ray'a Palmera.
- Naprawdę tak uważasz?
- Ten psychopata zakatrupił cztery osoby i właśnie zabierał się do piątej, gdy pojawił się Arrow z pomocnikiem.  Nie ma co narzekać, że ktoś, nawet jakieś zabłąkane, zamaskowane widmo, podrzuca na próg komisariatu policji taką kreaturę i ocala życie czternastoletniej dziewczynie.
- Tak - mruknęła - masz rację.
- Ale nie myśl sobie, że jestem jednym z tych, co kupują koszulkę z jego podobizną i chcą się zapisać do jego fanklubu. - Ray również nalał sobie kawy i upił łyk. - A jak tam postępy w naszej ulubionej sprawie?
Wzruszyła ramionami. - Mam jeszcze tydzień - odparła wymijająco. Nie miała teraz ani głowy ani siły by o tym myśleć. Ale mimo wszystko Palmer był jej przełożonym i musiał być mu oddana i wywiązywać się sumiennie z powierzonych jej zadań. Cokolwiek to znaczyło. 
- Doceniam Twoje zaangażowanie Felicity. 
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy. - To na pewno był komplement.
- Żeby tylko woda sodowa nie uderzyła ci do głowy. 
- O to możesz byc spokojny. - rzekła zdecydowanie. 
- Rób swoje, Felicity. Ta Lance ciągle wpycha twoje nazwisko na szpalty. - Uniósł dłoń,
zanim zdążyła coś odburknąć. - Staram się trzymać Blacka z daleka od ciebie, ale gdybyś mogła działać nieco dyskretniej...
- Tak, to przez moją głupotę zdemolowano mi mieszkanie.
- No dobrze. - Ray miał na tyle przyzwoitości, by się zaczerwienić. - Jest nam wszystkim bardzo przykro z tego powodu, ale byłoby nam lżej, gdybyś choć na chwilę przestała się pakować w tarapaty.
- Przykuję się łańcuchem do biurka - wycedziła przez zęby. - I jak tylko będę miała ku temu okazję, spotkam sie z Laurel Lance, niech biuro prokuratora da nam chwilę więcej na zastanowienie się. 
Przełożony Felicity uśmiechnął się.
- Spokojnie. Ach, i daj mi znać, gdybyś potrzebowała parę dolców, zanim zajmie się tym firma ubezpieczeniowa
- Dzięki, nie trzeba. - Spojrzała na stos dokumentów. - Mając tyle roboty, nie myślę o mieszkaniu.
Kiedy  Palmer zostawił ją samą, blondynka otworzyła nowy program w komputerze i ukryła twarz w dłoniach. Czy to ironia losu, czy przeznaczenie sprawiło, że Detektyw Lance przypisał ją do sprawy psychopaty ze Starling City. Kluczowy świadek, jej ukochany, był akurat jedyną osobą, z którą nie mogła nawet o tym podyskutować.

***

Oliver czekał na nią o dwudziestej przy narożnym stoliku we francuskiej restauracji na skraju parku miejskiego. Wiedział, że już wkrótce będzie po wszystkim i że kiedy to się skończy, będzie musiał wytłumaczyć pannie Smoak, czemu nie wtajemniczył jej w szczegóły. Będzie oczywiście urażona i wściekła. Jak najbardziej słusznie. On jednak wolał, żeby była urażona i wściekła, ale żywa. Świetnie wiedział, jak ciężkie były dla niej ostatnie dni i noce. Gdyby miał wybór, oddałby wszystko, łącznie z własnym sumieniem, byle tylko była szczęśliwa. Ale nie miał wyboru. Nie miał go od momentu, gdy znalazł się na wyspie Lian Yu.  Nie pozostawało mu nic innego, jak powiedzieć i okazać jej, jak bardzo ją kocha. I nie tracić nadziei, że jest możliwy kompromis pomiędzy tymi silnymi, przeciwstawnymi mocami, które nimi kierują. Spostrzegł ją, jak wchodziła, śliczna w szafirowym kostiumie. Jaskrawe kolory i wygodne buty na obcacie. Czy ma pod spodem koronkę, jedwab, czy satynę? Zapragnął porwać ją teraz daleko stąd i samemu znaleźć odpowiedź.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała.
Zanim kelner zdołał ją posadzić, Queen wstał i przyciągnął ją do siebie. Jego pocałunek nie był ani dyskretny, ani krótki. Siedzący w pobliżu goście restauracji zaczęli przyglądać się im z wyraźną zazdrością i zaciekawieniem.
Wstrzymała bezwiednie oddech. Pociemniało jej w oczach, ciałem wstrząsnął dreszcz.
- Stra... strasznie się cieszę, że się spóźniłam.
- Pracowałaś do późna. - Miała podkrążone oczy. Oliver nie mógł na to patrzeć, czując, że to po częsci przez niego.
- Tak. - Wciąż zdyszana, zajęła miejsce przy stoliku. - O piątej zadzwonił detektyw Lance i poprosił bym przyjrzała się jednej ze spraw. 
- Coś ciekawego?
Spojrzała mu prosto w oczy. - Nożownik ze Starling City
Jego wzrok nie zdradzał emocji. - Rozumiem.
- Czyżby, Oliverze? Zaczynam w to wątpić. - Wyrwała dłoń z jego uścisku i opuściła ją na kolana. - Pomyślałam,  że powinnam się wycofać, ale jaki mogłabym podać powód?
- Nie ma żadnego powodu. Ja go złapałem, a teraz ty musisz dopilnować, żeby zapłacił za swoje zbrodnie. Jedno nie przeszkadza drugiemu. 
- Chciałabym mieć tę pewność. - Wzięła serwetkę i zaczęła ją nerwowo miąć w palcach - Z jednej strony postrzegam cię jako kogoś, kto łamie prawo, z drugiej - jako bohatera.
- A prawda leży gdzieś pośrodku. - Sięgnął ponownie po jej dłoń. - Kimkolwiek jestem, kocham cię, Felicity Smoak.
- Wiem. - Mocniej ścisnęła jego dłoń - Tak, wiem, ale Oliverze...
Przerwała, gdy kelner przyniósł szampana, którego mężczyzna zamówił, jeszcze zanim przyszła do restauracji.
- Napój bogów - powiedział kelner z wyraźnym francuskim akcentem. - Świętujemy coś? Piękna kobieta, piękne wino.
Na twierdzące skinienie Olivera zamaszyście odkorkował butelkę, z której na chwilę wyłoniła się kusząco perlista piana.
- Monsieur spróbuje? - Nalał szampana do kieliszka Queena.
- Wyśmienite - mruknął mężczyzna, nie odrywając wzroku od blondynki.
Kelner obrzucił Felicity spojrzeniem pełnym aprobaty i napełnił najpierw jej kieliszek, a następnie Olivera - Monsieur ma znakomity gust.
Po odejściu kelnera Felicity Smoak zachichotała cicho i stuknęła się kieliszkiem z Queenem. - Chyba mi nie powiesz, że to miejsce widziało młodociane życie playboya jakim byłeś? 
- Nie. A chciałabyś?
Śmiejąc się, pokręciła głową. - Za co pijemy?
- Za dzisiejszą noc. I za dzień jutrzejszy.
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni aksamitne puzderko i podał je informatyczce. A gdy długo patrzyła na nie bez słowa, wpadł w panikę. Jego spokojny głos nie zmienił jednak barwy. - Prosiłaś, żebym się z tobą ożenił, ale ten przywilej należy do mnie.
Otworzyła puzderko. W blasku świec szafir zalśnił ciemnym, głębokim błękitem. Otaczały go
śnieżnobiałe brylanty. Migotały triumfalnie w oprawie z bladego złota. Musiał kosztować majątek, a wszyscy wiedzą, ze Oliver Queen na dzień dzisiejszy nie mógł mieć takiej gotówki...  - Jest przepiękny.
Oliver sam wybrał kamienie. W jej oczach spodziewał się jednak ujrzeć radość, zamiast strachu. Nie podejrzewał też, że i nim zaczną targać obawy.
- Wahasz się? Wiem, że zaręczyliśmy się już dawno temu, ale wtedy nie dostałaś takiego pierścionka i w ogóle nie dostałaś żadnego. A zasługujesz na wszystkie brylanty świata. 
Spojrzała na niego i pozwoliła przemówić sercu. - Nie mam żadnych wątpliwości co do moich uczuć do ciebie. I nigdy nie będę ich miała. Ja się po prostu boję, Oliverze. Próbowałam udawać, że tak nie jest, ale boję się. Nie tylko tego, co robisz, ale i tego, że to może mi ciebie odebrać.
Queen nie zamierzał składać obietnic, których nie mógłby dotrzymać. - Wyciągnęli mnie  z wyspy w pewnym celu. Nie ma tu żadnej logiki ani faktów. Tylko uczucia i instynkt. Jeśli przestanę robić to, co jest moim powołaniem, znowu umrę.
Odruchowy sprzeciw uwiązł jej w gardle. - Wierzysz w to?
- Ja to po prostu wiem Felicity. 

Jak mogła patrzeć na niego i tego nie zauważyć? Ile razy patrzyła mu w oczy, widziała... co? Coś odmiennego, szczególnego. Wiedziała, że jest mężczyzną z krwi i kości, ale i czymś więcej. Tego nie dało się zmienić. I po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że już wcale tego nie chce. - Zakochałam się w tobie dwa razy. W obydwu wcieleniach. - Spojrzała na pierścionek, a potem wyjęła go z puzderka - Do tamtej pory byłam pewna wybranej drogi, moich pragnień i potrzeb, i konsekwentnie dążyłam w tym kierunku. Byłam przekonana, że jeśli się zakocham, to w bardzo spokojnym, bardzo zwyczajnym mężczyźnie.- Podała mu pierścionek. - Myliłam się. Ty nie wróciłeś tylko po to, by walczyć o sprawiedliwość. Wróciłeś po mnie. - Uśmiechnęła się, wyciągając rękę. - Dziękuje za to Bogu.
Oliver wsunął jej pierścionek na palec. - Chcę cię zabrać do domu.
Nie zdążył jeszcze podnieść do ust jej dłoni, gdy do stolika podbiegł kelner.
- Wiedziałem. Bianco nigdy się nie myli. - Felicity zaśmiała się, a on zaczął napełniać kieliszki - Wybraliście mój stolik. Więc wybraliście dobrze. Musicie mnie zostawić menu. Musicie! To będzie niezapomniany wieczór. A dla mnie przyjemność. Ach monsieur, jest pan najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. - Złożył hałaśliwy pocałunek na dłoni Smoak.